WPHUB. 15.05.2023 07:33, aktualizacja 15.05.2023 07:50. Skazany przeżył śmierć kliniczną. Złożył odwołanie od wyroku dożywocia. 29. Benjamin Schreiber, skazany w latach 90. na dożywocie za zabójstwo, przeżył śmierć kliniczną w wyniku nieleczonej choroby nerek. W tym doświadczeniu dostrzegł dla siebie szansę na odzyskanie Kategoria:Straceni władcy. Kategoria. : Straceni władcy. Kategoria grupująca monarchów, którzy zostali skazani na śmierć i straceni (dotyczy tylko panujących) Zobacz też: Straceni prezydenci, Straceni szefowie rządów. Ellenőrizze a (z) Skazany na śmierć fordításokat a (z) magyar nyelvre. Nézze meg a Skazany na śmierć mondatokban található fordítás példáit, hallgassa meg a kiejtést és tanulja meg a nyelvtant. To była recydywa - dwóch mężczyzn przyłapano po raz kolejny na piciu alkoholu. Sąd nie miał dla nich litości i w myśl islamskiego prawa skazał ich na karę śmierci. Co jedzą skazani na śmierć? lastmealsproject.com / BRAK Timothy McVeigh stał za zamachem, do którego doszło 19 kwietnia 1995 roku w biurze władz federalnych w Oklahoma City. Jednak w porównaniu do innych produkcji, stawiających sensację na pierwszym miejscu, Skazany na śmierć ma śladową ilość takich momentów. Źródło: gram.pl Mówiąc o cechach serialu, które pokochali fani, nie można nie wspomnieć o fenomenalnej charakteryzacji Wentwortha Millera. T1egf9. Ksiądz Alojzy Variara urodził się 15 stycznia 1875 roku Viarigi we Włoszech. Jako chłopiec poznał świętego Jana Bosko i został jednym z jego wychowanków w oratorium na Valdocco. W wieku 12 lat Alojzy zamieszkał w domu salezjańskim w Turynie, gdzie ugruntowało się jego powołanie salezjańskie. W czasie pobytu w seminarium spotkał się z księdzem Michałem Unią, salezjaninem, który pracował wśród trędowatych w Kolumbii. Wtedy w Alojzym zrodziło się pragnienie wyjazdu na misje. Trąd jest chorobą skóry i nerwów. Na początku na ciele pojawiają się plamy, które wyglądają niepozornie. Następnie dochodzi do utraty czucia. Nieleczony trąd prowadzi do zwyrodnień. Uszkadza skórę twarzy, kończyny, małżowiny uszne i nerwy odwodowe. Niszczy kości, w szczególności żuchwę, przegrodę nosową i stawy palców. Zarażony dowiaduje się o chorobie, kiedy przestaje reagować na ból, np. gdy dotyka ognia i nic nie czuje. Do zakażenia dochodzi przez bezpośredni kontakt z osobą chorą. Bakterie znajdują się w wydzielanie z nosa i w ślinie. Od starożytności trędowaci nie mogli przebywać w miejscach publicznych. Byli wykluczeni ze społeczeństwa, opuszczeni i skazani na powolną śmierć. Musieli nosić charakterystyczne ubrania i ostrzegać przechodniów o swojej chorobie. Przez wieki wielu z nich żyło na marginesie. W Starym i Nowym Testamencie są opisywani jako nieczyści. Trędowaci, którzy proszą Jezusa o uzdrowienie, nie zbliżają się do Niego, a krzyczą z daleka. Przez wiele wieków żyli na marginesie społeczeństwa. Tak było również w czasach, kiedy na misje wyjechał ks. Alojzy, nazwany Apostołem Trędowatych. Ksiądz Alojzy wyjechał do Kolumbii jeszcze jako kleryk w 1894 roku. Z wielkim zapałem oddał się pracy wśród chorych na trąd w miejscowości Agua de Dios. Mieszkało tam 620 trędowatych i mniej więcej tyle samo zdrowych członków ich rodzin. Salezjanie zorganizowali dla mieszkańców miasteczka sklepy, warsztaty rzemieślnicze, szkołę, przychodnię lekarską oraz kościół. Variara od samego początku poświęcał swój czas chorym. Jego zamiłowanie do muzyki i teatru wniosło wiele energii do tego „miasta cierpienia”. Opiekował się zwłaszcza dziećmi. Udało mu się założyć szkołę muzyczną, w której powstała orkiestra dęta. Trędowaci chłopcy koncertowali w całej okolicy. W oratorium młody kleryk zorganizował grupę teatralną i różne stowarzyszenia religijne. Alojzy Variara przyjął święcenia w 1898 roku. Był pierwszym salezjaninem w Kolumbii wyświęconym na kapłana. Miał 23 lata. Całkowicie pochłonęła go praca z biedną i opuszczoną młodzieżą. Wszyscy dziwili się, że wciąż był zdrowy. Osiem lat później ksiądz Alojzy założył zgromadzenie zakonne dla dziewcząt trędowatych lub pochodzących z rodzin trędowatych. Nazwał je Zgromadzeniem Córek Najświętszych Serc Jezusa i Maryi. Zakon funkcjonuje do dziś. Od 1952 roku mogą do niego wstępować nie tylko osoby chore na trąd, lecz również osoby zdrowe. Działalność zgromadzenia została rozszerzona o pracę z ubogimi, opuszczonymi i chorymi. W 2006 roku 378 sióstr pracowało w 73 domach w 10 krajach: Boliwii, Brazylii, Kamerunie, Republice Dominikany, Ekwadorze, Meksyku, Peru, Kamerunie, Gwinei Równikowej, Włoszech i Hiszpanii. Ksiądz Alojzy Variara zmarł 1 lutego 1923 roku w wieku 48 lat. W 2002 roku został beatyfikowany przez Jana Pawła II w Rzymie. Podczas homilii papież powiedział: „Z Włoch (…) przybył do Kolumbii salezjanin, wierny naśladowca Jezusa miłosiernego i opiekun udręczonych. Od pierwszych chwil pobytu w tym kraju swe młode siły i liczne talenty poświęcił służbie trędowatym”. 15 stycznia, w dniu jego urodzin, wspominamy tego apostoła chorych na trąd. W ostatnią niedzielę stycznia będziemy natomiast obchodzić 64. Światowy Dzień Trędowatych. Już dziś zapraszamy do modlitwy przez stawiennictwo błogosławionego Alojzego Variary w intencji osób chorych i ludzi, którzy pomagają im wrócić do zdrowia. Kolejny internetowy łańcuszek podbija media społecznościowe. Tym razem po raz kolejny, gdyż jest delikatnie zmienioną wersją historii sprzed ponad dekady i pojawiał się w internecie już wielokrotnie. Aktualna sytuacja w Afganistanie tylko wzmacnia rzekomą wiarygodność tych doniesień. Jest nimi prośba o modlitwę za misjonarzy, którzy mają zostać poddani egzekucji w Afganistanie. Liczba skazańców w zależności od wpisu potrafi różnić się dość znacząco. Wszystkie rozpowszechniane wersje łączy jednak jedna cecha – są przez lata poruszany był przez redakcje różnych portali, takich jak Snopes, Lead Stories, AFP Fact Check czy W Afganistanie 229 misjonarzy zostało skazanych przez Talibów na ocena:Jak podaje portal Snopes łańcuszek ten krążył już w 2009 roku w formie mailowej i sms-owej. W internecie wciąż dostępne są liczne wpisy sprzed lat, jak ten post z Facebooka z 2015 roku. Tutaj przykład z 2019 roku, wraz ze zdjęciem (Uwaga! Fotografia jest drastyczna!). Ostatnie wydarzenia w Afganistanie sprawiły, że łańcuszek wypłyną po raz kolejny. Najpierw za granicą, potem dotarł do Polski. Na Facebooku jeden z postów uzyskał ponad 300 skazani na śmierć?Jak widać na przykładach powyższych wpisów, liczba skazanych na śmierć misjonarzy z pierwotnych 22 wzrosła do 229. Osoby powielające ten łańcuszek twierdzą, że do egzekucji ma dojść “jutro” lub “dziś po południu”. Nigdzie jednak nie znajdziemy informacji o takich egzekucjach. Ani my, ani redakcje przynajmniej 7 innych portali fact-checkingowych ( Reuters, PolitiFact czy USA Today) nie znalazły żadnych dowodów, by miało dojść do tego typu wydarzeń w ostatnich latach. Również katolicki portal ACI Prensa uznał łańcuszek za najprawdopodobniej jest oparta o rzeczywistą sytuację, która miała miejsce w 2007 roku, a więc dwa lata przed pierwszym pojawieniem się łańcuszka. Wówczas Talibowie porwali grupę 23 południowokoreańskich misjonarzy i wolontariuszy Kościoła Prezbiteriańskiego. Początkowo zamordowali dwójkę z nich, a następnie uwolnili dwie osoby. Pozostałe osoby wypuścili po półtoramiesięcznych negocjacjach i otrzymaniu KuszW niektórych postach znajdziemy również informację o mieście Quaragosh (spolszczona wersja – Kara Kusz, w obiegu są również dwie inne nazwy miasta – Al-Hamdanijja oraz Bachdida) w Iraku. Jest to miasto zamieszkiwane głównie przez chrześcijański lud Asyryjczyków. Według powielanych wpisów, Kara Kusz miał zostać zajęty przez bojowników Państwa Islamskiego. Faktycznie, taka sytuacja miała miejsce w 2014 roku. Ekstremiści zniszczyli sporą część zabudowy tego miasta, skupiając się przede wszystkim na budynkach sakralnych. W 2016 roku Kara Kusz został wyzwolony przez iracką armię i asyryjskie jednostki Kara Kusz jest ciągle w stanie odbudowy, ale spora część mieszkańców powróciła do swojego miasta. W marcu tego roku Papież Franciszek odbył pielgrzymkę do Iraku odwiedzając również Kara Kusz. Region ten aktualnie nie jest zagrożony, a doniesienia z omawianych wpisów nie są prawdziwe. Informacje o zdobyciu Kara Kusz po prostu zostały dodane do łańcuszka po 2014 roku i powielane bez weryfikacji. Aktualnie w mieście znajduje się relikwia Krzyża Świętego, która została tam dostarczona przez Kustodię Ziemi Świętej. Ma to umożliwić mieszkańcom modlitwę przy jednej z najważniejszych relikwii chrześcijaństwa, gdyż w aktualnej sytuacji pielgrzymki do Ziemi Świętej są bardzo które znajdziemy przy poszczególnych postach, również nie przedstawiają chrześcijańskich misjonarzy. Do tego wpisu dołączono zdjęcie pochodzące z artykułu The New York Times’a. Przedstawia ono jednak syryjskich rebeliantów, którzy wzięli do niewoli żołnierzy Armii Syryjskiej. Wkrótce dokonali na nich również kolei w tym przykładzie (Uwaga! Fotografia jest drastyczna!) mamy do czynienia z morderstwami w Iraku, a nie w Afganistanie. Jak ustalił portal AFP Fact Check, zdjęcie zostało zrobione w 2015 w Niniwie, znajdującej się w północnej części kraju. Dokonano wówczas egzekucji trzech osób oskarżonych o szpiegowanie na rzecz irackiego rządu. W tamtym czasie region był pod panowaniem Państwa ta fotografia przedstawia modlące się przy krzyżu pakistańskie kobiety w intencji Asii Bibi. Kobieta została w 2010 roku oskarżona o bluźnierstwo przeciwko Allahowi i skazana na karę śmierci. W 2018 roku, po ośmiu latach przebywania w celi śmierci, została uwolniona, po tym gdy pakistański sąd najwyższy uznał, że nie ma wystarczających dowodów na jej winę. Obecnie kobieta mieszka w chrześcijan w AfganistanieNie ma wątpliwości, że sytuacja chrześcijan w Afganistanie nigdy nie była łatwa. Teraz, gdy kraj został przejęty przez Talibów, wydaje się jeszcze gorsza. Jak podaje Departament Stanu USA w swoim raporcie za 2020 rok, mniejszościowe grupy (Hindusi czy chrześcijanie) stanowią najprawdopodobniej zaledwie 0,3% mieszkańców Afganistanu. Jak czytamy w dokumencie:“According to international sources, Baha’is and Christians lived in constant fear of exposure and were reluctant to reveal their religious identities to anyone. According to some sources, converts to Christianity and individuals studying Christianity reported receiving threats, including death threats, from family members opposed to their interest in Christianity. Christian sources estimated there were “dozens” of Christian missionaries in the country, mostly foreign but some local.”Tłumacznie:„Według międzynarodowych źródeł, bahaici i chrześcijanie żyli w ciągłym strachu przed ujawnieniem i niechętnie ujawniali komukolwiek swoją tożsamość religijną. Według niektórych źródeł, nawróceni na chrześcijaństwo i osoby studiujące naukę chrześcijańską zgłaszały otrzymywanie gróźb, w tym gróźb śmierci, od członków rodziny, którzy sprzeciwiali się ich zainteresowaniu religią chrześcijańską. Źródła chrześcijańskie szacują, że w kraju przebywało „dziesiątki” chrześcijańskich misjonarzy, w większości zagranicznych, ale niektórzy lokalni.”Liczba misjonarzy i osób wyznających chrześcijaństwo w Afganistanie jest trudna do określenia. Afgańczycy nie mają prawa legalnie zmienić wyznania na chrześcijańskie. W całym kraju nie ma też ani jednej publicznej świątyni tego wyznania. Po zajęciu Kabulu przez Talibów, część osób poprosiła o wsparcie papieża w ucieczce ze stolicy. Przykładem może być historia Alìego Ehsani, którego rodzice zostali zamordowani w latach 90. przez islamskich fundamentalistów za wyznawanie tym przypadku mamy do czynienia z dość starym łańcuszkiem, który od lat udostępniany jest w internecie. Sama historia jest prawdopodobnie oparta na dramacie koreańskich misjonarzy z 2007 roku. Łańcuszek zmieniał się przez lata, od liczby skazanych na śmierć osób, poprzez dodawanie informacji, takich jak ta o Kara Kusz. Zdjęcia, które są dołączone do wpisów, ani razu nie przedstawiały chrześcijańskich misjonarzy. Na koniec warto zaznaczyć, że sytuacja chrześcijan w Afganistanie jest bardzo ciężka. Przyznanie się do wyznawania tej religii może grozić nawet śmiercią. Nie zmienia to jednak faktu, że historia o egzekucji od 22 do 229 misjonarzy jest oraz Press International: Global: oraz News: Fact Check: Globe and Mail: Stanu USA: Washington Post: Stories: Michael Rockefeller miał zostać zjedzony przez papuaskich kanibali. O tej historii mówił cały świat. Co tak naprawdę wydarzyło się w 1961 roku? Michael Rockefeller, świeżo upieczony absolwent wydziału antropologii Uniwersytetu Harvarda, wyruszył w 1961 roku do Papui na zlecenie ojca. Nelson Rockefeller, burmistrz Nowego Jorku, polecił mu zgromadzić kolekcję sztuki plemiennej dla ufundowanego przez rodzinę nowojorskiego Metropolitan Museum of Art. Po kilku miesiącach spędzonych w Dolinie Baliem Michael pojechał na południe wyspy ku wybrzeżu Morza Arafura. To tereny plemienia Asmatów, które cieszyło się opinią najbardziej wyrafinowanych rzeźbiarzy Oceanii, ale także łowców głów i kanibali. Wcześniej do kolekcji Rockefellerów trafiały przypadkowe dzieła sztuki z Papui, zbierane przez oficerów wojska, urzędników kolonialnych i nielicznych misjonarzy. Ustalenie pochodzenia tych eksponatów było często niemożliwe. Dlatego Michael postanowił zrobić coś, czego nikt przed nim nie dokonał – dotrzeć do samego źródła. Ruszył do „jądra ciemności”. Sztuka plemienna Papuasów z kolekcji Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. fot. DEA / ARCHIVIO J. LANGE / Contributor / Getty Images Przez kilka miesięcy podróżował po asmackich wsiach, zbierając i dokumentując sztukę oraz wowipitsj (rzeźbiących w drewnie). Potem wypłynął w stronę Wybrzeża Kazuarin. 17 listopada 1961 roku, kilka kilometrów od brzegu, wzburzone fale przewróciły kilkunastometrowy katamaran. Na pokładzie był Michael Rockefeller i holenderski antropolog Rene Wassing oraz lokalni przewodnicy, którzy od razu popłynęli wpław po pomoc. Ta jednak nie nadchodziła. Po dwóch dniach dryfowania łódź oddaliła się 20 km do brzegu. Zniecierpliwiony Michael postanowił popłynąć do brzegu wpław. Był młody, silny i wierzył, że w kilkanaście godzin dotrze do celu. Na wszelki wypadek obwiązał się liną, do której przytroczone były dwa kanistry po paliwie. Wczesnym rankiem ruszył w stronę majaczącego na horyzoncie lądu. Po kilkudziesięciu minutach zniknął towarzyszom z oczu i ślad po nim zaginął. Zaginiony milioner Dzisiaj, w dobie telefonów komórkowych, GPS i łączności satelitarnej, trudno wyobrazić sobie taką sytuację. Jednak ponad pół wieku temu mimo wyznaczenia nagrody i zorganizowania trwającej wiele miesięcy akcji poszukiwawczej, w którą zaangażowały się setki osób, nie udało się trafić na ślad zaginionego antropologa. Mnożyły się spekulacje – nikt nie chciał uwierzyć, że Michael Rockefeller po prostu utonął w płytkich przybrzeżnych wodach. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że padł ofiarą rekina lub jednego z potężnych słonowodnych krokodyli różańcowych, wówczas często spotykanych w tych wodach. Sugerowano też, że antropolog w otoczeniu tubylców zaszył się w głębi dżungli, niczym Kurtz, bohater „Jądra ciemności” Josepha Conrada, albo zginął z rąk kanibali. Żaden z wariantów nie znalazł jednak potwierdzenia w faktach i w 1964 roku Michael Rockefeller został uznany za zmarłego. Przez dekady jego legenda przyciągała do Papui awanturników i łowców przygód. Ponoć pod koniec lat 70. rodzina Rockefellerów wynajęła prywatnego detektywa, któremu w jednej z wiosek Asmatów udało się wymienić silnik do łodzi za trzy czaszki białych. Miejscowi utrzymywali, że to szczątki jedynych trzech białych, jakich zabito i zjedzono w tym rejonie. Czy jedna z nich należała do zaginionego antropologa i czy znalazca otrzymał ćwierć miliona dolarów nagrody za jej przywiezienie do Stanów Zjednoczonych – nie wiadomo. Rockefellerowie nigdy nie potwierdzili ani nie zdementowali tych pogłosek. Znani z praktyk kanibalistycznych Asmatowie żyją w indonezyjskiej części Nowej Gwinei. / fot. Arne Hodalic/CORBIS/Corbis via Getty Images Wzmianki o śmierci Rockefellera pojawiają się we wspomnieniach Tobiasa Schneebauma, kolekcjonera sztuki, który spędził pod koniec lat 70. wiele miesięcy na terenach Asmatów, żyjąc wśród miejscowych i kontynuując pracę Michaela. Ponoć w jednej ze wsi Schneebaum spotkał wojowników, którzy przyznali się do udziału w zabiciu i zjedzeniu białego antropologa. Biorąc pod uwagę kultywowane przez Asmatów tradycje, wersja ta wydawała się wielce prawdopodobna. Kim są Asmatowie? Jako pierwszy Asmatów opisał James Cook w dzienniku z wyprawy w 1770 roku. Jego okręt zakotwiczył u ujścia rzeki Kuti. Dwie łodzie pełne ludzi wyruszyły na poszukiwanie źródła słodkiej wody. Marynarze natknęli się na flotyllę dłubanek wypełnionych uzbrojonymi wojownikami – doszło do potyczki, w której od strzał zginęło 20 ludzi Cooka. Przez następne stulecia nieprzyjazny teren, uciążliwy klimat i ponura sława bezlitosnych łowców głów skutecznie zniechęcały kogokolwiek do prób nawiązania kontaktu i wypraw w ten rejon. Pierwsi misjonarze dotarli tu dopiero na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Zastali wsie pogrążone w permanentnej wojnie. Administracja holenderska podjęła próby pacyfikacji łowców głów z południa wyspy, na terenach plemion Marind-Anim i Asmat powstały posterunki wojskowe. Uczestnicy wypraw po głowy byli sądzeni i karani, jednakże jurysdykcja władz kolonialnych sięgała zaledwie kilka mil od posterunku. Do początku lat 60. XX wieku tereny te znajdowały się pod kontrolą holenderską jako część Holenderskich Indii Wschodnich. Dzisiaj wsie położone na wybrzeżu Morza Arafura należą do Indonezji. Mają stały kontakt ze światem – w większości umieszczono posterunki wojska i policji indonezyjskiej, a obok wsi Asmatów wyrastają osady Indonezyjczyków przesiedlonych z Jawy i Sulawesi. Najniebezpieczniejszy region świata Południe Nowej Gwinei to jeden z najmniej przyjaznych ludziom rejonów świata. Od stóp Gór Śnieżnych po brzeg Morza Arafura ciągnie się kilkusetkilometrowej szerokości pas bagnistej nizinnej dżungli, poprzecinanej gęstą siecią rzek o mętnej wodzie, i błotnistych kanałów zamieszkanych przez krokodyle różańcowe. Codziennie słone wody przypływu wdzierają się dziesiątki kilometrów w głąb lądu. Nie ma tu żadnych dróg, nie da się uprawiać ziemi. Do osad położonych w zasięgu pływów Morza Arafura, przylepionych do błotnistych brzegów rzek i strumieni, można dotrzeć przez kilka godzin w ciągu doby, kiedy poziom wody jest na tyle wysoki, że wydrążone w pniach drzew łodzie nie utykają w błocie. Przez resztę czasu wsie są odcięte od świata. Ludzie skazani są na to, co uda im się złowić w morzu i rzekach oraz to, co zrodzi nieprzyjazna dżungla. A ta wbrew pozorom rodzi niewiele – półdzikie banany, sago i dziki tytoń – często w miejscach oddalonych o wie-le godzin drogi łodzią od wsi. Zdobywanie jedzenia zajmuje dużo czasu, wsie sprawiają przez większą część dnia wrażenie całkowicie wyludnionych. Ich mieszkańcy koczują w dżungli w pobliżu gajów palm sagowych lub na terenach łowieckich. Osady liczą na ogół kilkanaście lub kilkadziesiąt domów, skupionych wokół jeu – stojącego frontem do brzegu długiego domu mężczyzn. Jeu jest sercem wspólnoty – odbywają się tam wszystkie przygotowania do ceremonii i obrzędów. Do domu wstęp mają tylko mężczyźni – śpią tam, rzeźbią lub po prostu chronią się przed upałem i kobietami, palą tytoń. Każdy z klanów zamieszkujących wioskę ma w długim domu (lub w jednym z kilku długich domów, jeśli wieś jest większa) swoje palenisko, strzeżone przez rzeźby wyobrażające przodków. Lud Asmatów do dzisiaj fascynuje antropologów. / fot. Francois Gohier/VW PICS/Universal Images Group via Getty Images Nad paleniskiem przechowywane są należące do klanu przedmioty ceremonialne: bębny, maski i zdobyte w czasie wypraw wojennych głowy. Asmaci wyprawiali się po nie od zawsze, a w bardziej oddalonych od cywilizacji wspólnotach obyczaj ten był w skrytości kultywowany do niedawna. Jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu zdarzało się, że ludzie znikali bez wieści, a po pewnym czasie w jednej z sąsiednich wsi pojawiały się nowe trofea. Świeżo zdobyta głowa była niezbędnym rekwizytem rytuałów inicjacyjnych, a liczba zdobytych głów stanowiła o statusie społecznym mężczyzny. Kim są kanibale Wyprawom wojennym i zdobywaniu głów towarzyszył kanibalizm. Aczkolwiek mocno osadzony w obrzędach i ceremoniach, miał on w tym rejonie bardzo prozaiczne podłoże. Ludzkie mięso stanowiło istotne uzupełnienie diety ubogiej w białko zwierzęce – człowiek, obok przypominających strusie nielotnych kazuarów, krokodyli i dzikich świń, był w dżungli Nowej Gwinei podstawową zwierzyną łowną. Ciała zabitych wrogów były ćwiartowane i sprawiane wedle reguł przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Mięso z odciętych kończyn i trzewi po upieczeniu w ogniu mieszano z mąką z sago. Tak powstawał święty chleb, którym częstowano wszystkich uczestników uczty. Wszyscy też nacierali się krwią zabitego zmieszaną z popiołem z opalonych z głowy włosów. Dzięki temu mogli się z nim zjednoczyć. Z upieczonej głowy zdejmowano skórę. Ciosem kamiennej siekiery wybijano w czaszce otwór, od tego momentu siekiera nosiła imię zabitego. Przez otwór liściem palmy można było wygrzebać mózg – zmieszany z mąką sagową i upieczony w liściu był zarezerwowany dla starszyzny. Jedno z ostatnich zdjęć Michaela Rockefellera / fot. Jan Broekhuijse Czaszka pozbawiona żuchwy (na wszelki wypadek, gdyby zmarły postanowił chcieć się zemścić) ozdabiana była plecionką z paciorków i nasion, piórami, i wieszana nad paleniskiem jako trofeum potwierdzające status społeczny zabójcy. Kanibalizm praktykowała większość mieszkańców Nowej Gwinei. Choć zakazany i surowo tępiony przez władze indonezyjskie, okazał się tak głęboko zakorzeniony w kulturze i wierzeniach, że niektóre plemiona żyjące w głębi interioru – jak chociażby Korowajowie – kultywują go do dziś. To właśnie opowieści o kanibalach przyciągają w ten nieprzyjazny rejon turystów. W dzisiejszych czasach biali mogą czuć się względnie bezpiecznie – wszystko wskazuje, że w całym XX w. w regionie zaginęło zaledwie kilku przybyszów z zewnątrz. Kto zjadł Rockefellera? Wszystko wskazuje na to, że tak. Kilka lat temu zafascynowany legendą Rockefellera amerykański reporter Carl Hoffman zaczął zgłębiać archiwalne materiały dotyczące okoliczności śmierci i poszukiwań zaginionego antropologa. Badania skłoniły go do wyprawy w poszukiwaniu ostatnich żyjących świadków tamtych wydarzeń. W 2012 r. wyruszył do Papui Zachodniej, by odsłonić skrywaną przez dwa pokolenia ponurą tajemnicę. Podróżując śladami antropologa dotarł do ostatnich żyjących w zagubionej wśród bagien wiosce świadków zdarzeń. Miejscowi potwierdzili najbardziej przerażającą wersję ostatnich chwil Rockefellera – przedstawiając dziennikarzowi osobliwą inscenizację śmierci. Fascynująca relacja z podróży i poszukiwań ukazała się kilka miesięcy temu w książce pod tytułem „Savage Harvest”. Okazało się, że po kilkunastu godzinach w wodzie, wyczerpany do granic sił Michael Rockefeller dopłynął do brzegu. Tam czekało na niego osiem długich łodzi z kilkudziesięcioma wojownikami ze wsi Otsjanep. Pech chciał, że kilka lat wcześniej holenderski patrol w ramach pacyfikacji zabił kilku mieszkańców tej osady. Teraz nadarzyła się okazja, by zabić kogoś z plemienia białych, podnosząc swój status społeczny i wykazując się wobec kuzynów i krewnych odwagą. Jak relacjonuje Hoffman, wojownik o imieniu Pep, nie zastanawiając się długo, wbił ostrze włóczni w brzuch białego. Towarzysze pomogli mu wciągnąć rzężące go Rockefellera do łodzi. Powiosłowali w stronę małej zatoczki, gdzie zgodnie z odwiecznymi prawidłami dopełnili obrzędu, ćwiartując i zjadając ciało. W ten sposób na pewien czas przywrócili zachwianą, ulotną równowagę. Rodzina Rockefellerów. Michael stoi u góry po prawej. fot. Keystone/Hulton Archive/Getty Images Czy opisana w książce historia zamyka sprawę? Wersja Hoffmana wydaje się wiarygodna i osadzona w realiach rejonu. Niestety nie ma twardych dowodów – można domniemywać, że jedna z trzech czaszek białych przywiezionych przez detektywa była w istocie czaszką Rockefellera. Mogłyby potwierdzić to badania DNA, ale tu ruch należy do rodziny Rockefellerów. Śmierć Michaela była dla nich, zwłaszcza dla siostry antropologa, olbrzymią traumą, trudno się więc dziwić, że nie chcą już drążyć sprawy i pozostawili książkę bez komentarza. Sprawdź, jak dobrze znasz europejskie stolice [QUIZ WIEDZY NATIONAL GEOGRAPHIC] Pytania 1 | 10 Jakie miasto jest na zdjęciu? Osoby starsze i chore, które nie mają rodziny, muszą same zatroszczyć się o wodę, jedzenie i lekarstwa. Nie mają sił i funduszy. Bez pomocy skazani są na powolną śmierć. Chorym i osobom starszym pomagają ich bliscy. Najbliższa rodzina w Etiopii to nie tylko rodzice, lecz także dziadkowie, wujkowie, kuzyni. Często mieszkają oni w tej samej wiosce lub mieście i utrzymują bardzo zażyłe kontakty. Jednak ten model bywa zaburzony przez konflikty i nałogi. Wtedy osoby chore i starsze muszą radzić sobie same. Kupienie jedzenia, zdobycie czystej wody i lekarstw jest bardzo trudne. Bez pomocy oni nie przeżyją. Dlatego siostry salezjanki w Dilla pomagają osobom starszym i chorym. Siostra Helena zauważyła, że na Mszy Świętej nie było mamy Dayte. Wszyscy ją tak nazywają. W Etiopii nie używają nazwisk, tylko mówią mama i imię jej najstarszego dziecka. Mama Dayte mieszka z synem, który ma epilepsję. Nic nie wiadomo o jej mężu i starszej córce. Misjonarka starała się czegoś dowiedzieć, ale sąsiedzi nic nie wiedzieli, a sama kobieta nigdy nic nie wspominała o swojej rodzinie. Kilka lat temu siostry salezjanki wybudowały na dla niej mały dom. Jednopokojowy, ale zapewniający mamie Dayte i jej synowi bezpieczeństwo. Takich małych domów w Dilla jest bardzo dużo. Mało kogo stać na wybudowanie kilku pomieszczeń. Syn mamy Dayte ma częste ataki epilepsji. Dlatego są oni wspierani przez misjonarki. Siostra Helena widziała ją ostatnio dwa tygodnie temu na Mszy Świętej. Kobieta nie mogła podejść do komunii świętej. Od jakiegoś czasu coraz gorzej chodziła, a teraz ma coraz poważniejsze problemy. Po Mszy Świętej do domu odwieźli ją salezjanie. Mama Dayte zawsze była zapracowana, ale i zawsze uśmiechnięta. Jej sąsiedzi mówią, że jej syn czasami ją bije. Bierze narkotyki, które są uprawiane w Etiopii. Czasami pije. Kobieta nie skarżyła się, czasami mówiła, że jest jej ciężko. Żyje z tego, co otrzyma, a teraz nie może chodzić. S. Helena pomaga jej i teraz chce tę pomoc zwiększyć. Co sobotę dziewczyna o imieniu Bekele przychodzi po fafę dla swojej babci. Starsza kobieta od dwóch miesięcy nie ma siły, żeby przyjść. Ze względu na wiek nie może chodzić. Od trzech lat wpisana jest na listę osób, które otrzymują od sióstr jedzenie. Ma syna, synową i ośmioro wnucząt. To bardzo biedna rodzina. Cztery dziewczynki już są wpisane na stałe do programu Adopcji na Odległość. W domu nie mają bieżącej wody. Codziennie przychodzą z baniakami po czystą wodę na placówkę misyjną. Ostatnio ich ojciec przyszedł do siostry z rachunkiem za szpital i leczenie jednej z córek. – Na wyniku było napisane, że dziewczynka miała robaki w jelitach, więc zaczęłam pytać o warunki, w jakich żyją. Okazało się, że nie mają ubikacji. Do tej pory busz, służył im za ubikację. Teraz mężczyzna zaczął budować prowizoryczną ubikację. Póki co to dołek w ziemi osłonięty materiałami. – opowiada s. Helena. W biednych domach brak podstawowej higieny jest przyczyną wielu chorób i słabej odporności. Gdy ludzie wychodzą do buszu lub na pola, gdzie owce, kozy, kury, dzikie ptaki zostawiają swoje odchody, bardzo łatwo złapać robaki. Pomoc takim rodzinom jest bardzo ważna. Bez wsparcia ich życie pozostanie tylko wegetacją. Dzieci nie pójdą do szkoły, będą niedożywione, chorowite i pozbawione możliwości zmiany swojego życia. A w takiej rodzinie osoby starsze i chore nie otrzymują żadnego wsparcia. Siostra Helena podkreśla, że będą tej starszej kobiecie pomagać, póki będą mieć fundusze, żeby kobieta nie umarła z głodu i wycieńczenia. Wpieraj osoby starsze w Etiopii poprzez akcję FAFA dla DILLA Magdalena Torbiczuk Łukasz, sługa Mukwenda, szefa dystryktu Singo, urodził się w Gomba i należał do klanu Siluro. Był synem Makwanga, który wykazywał się tak wielką mądrością i tak dużym doświadczeniem, że wiele osób przychodziłio do niego, prosząc o radę. Miał około szesnastu lat, kiedy udał się do Mitiyana wraz ze swoim bratem Makwanga. Banabakintu postanowił pozostać w Mitiyana i wstąpił na służbę Mukwenda, który mianował do szefem w Kiwanga. Był odpowiedzialny za przyjmowanie gości i spełnianie, jeśli byłio to możliwe, ich próśb. Tam poznał Mulumba i zostali wielkimi przyjaciółmi. Obaj towarzyszyli Mukwenda, kiedy wyjeżdzał do stolicy i przy jednej z takich okazji Łukasz poznał protestanckich misjonarzy. Banabakintu miał około trzydziestu lat. Zachęcony przez Mulumba, zaczął uczęszczać na lekcje dawane przez misjonarzy katolickich i na słuchanie Słowa Bożego. Nawrócił się na wiarę katolicką i przyjął chrzest 28 maja 1882 roku. Nieco później wziął na siebie zadanie nauczania katechumenów w Mitiyana. Łukasz był szefem wioski i znawcą sztuki rybołówstwa i budowy statków, dlatego też został odpowiedzialnym za flotę króla. Jako przywódca wspólnoty chrześcijańskiej w Mitiyana i osoba odpowiedzialna i wpływowa, Banabakintu bardzo szybko ściągnął na siebie gniew króla. Był przekonany, że wyrok już zapadł i chciał pożegnać się ze swymi rodzicami. Ci, zdziwieni, powiedzieli: – Mówisz, że przychodzisz pożegnać się; czyżby cię mianowano przełożonym w jakimś odległym miejscu? – Idę, aby przygotować wam miejsce w niebie – odpowiedział. Pozostawił ich płaczących i poszedł pożegnać się ze swym rodzenstwem. Ci usiłowali odwieść go od decyzji, ale on pozostawał głuchy na ich prośby. – Śmierć dla mojej religii – powiedział im – liczy się najbardziej i jest tym, czego chcę. Swemu bratu Kiggwe podarował chusteczkę i radosny pożegnał się z pozostałymi osobami, które płakały. Nastepnie udał się do Singo i powiadomił swego przyjaciela Noego o tym, co może się wydarzyć. Później poszedł do domu Cyprina Kamya i rozmawiał z nim o męczeństwie. 26 maja Łukasz przybył do stolicy. Aresztowany razem z Maciejem Mulumba, został zaprowadzony do Mengo, gdzie spotkał Andrzeja Kiwanuka. Kiedy jeden ze strażników poszedł szukać Andrzeja, Łukasz powiedział do towarzyszy: – Przyjaciele, nadeszła chwila rozstania. Maciej i Łukasz odpowiedzieli: – Odwagi, umrzemy za naszego Pana! Dwaj przyjaciele zostali doprowadzeni przed katikiro i skazani na spalenie żywcem. Przed śmiercią Maciej spojrzał na Łukasza i powiedział do niego: – Do zobaczenia, spotkamy się i zobaczymy w niebie! – Tak – odpowiedział Łukasz. Szybko będziemy razem i już na zawsze! Łukasz szedł swą drogą, aż spotkał się z pozostałymi męczennikami, którym opowiedział o śmierci Macieja. Został spalony żywcem 3 czerwca 1886 roku. Miał około trzydziestu pięciu lat. Nawigacja wpisu

misjonarze skazani na śmierć